Malinowy blues

Dietetyk Milena Nosek dla metkaBALETKA

Malinowy Blues……..

… mroźnym, białym, styczniowym popołudniem, trzy Większe przyjaciółki spotykają się w urokliwej kawiarni. Zawołała je reklama stojąca – mówiąc po krakowsku – na polu – z naskrobanym różową kredą euforycznym napisem: „Gorąca czekolada z chilli! Tylko 10zł! Wejdź i rozgrzej się!”

Tym samym napój z szyldu stał się być może ich drugim „posiłkiem” tego dnia. Dewagują skrzekliwie o swoich niezadowalających kształtach, zastanawiając się naprawdę poważnie, dlaczego jedząc TAK mało i TYLKO dwa posiłki nie chudną, podczas gdy zołza-przełożona z pokoju obok je ich aż pięć i jest szczapą? Jakaż ta natura niesprawiedliwa! To na pewno sprawka genetyki… Dalej wymieniając swoje dietetyczne rewelacje okazuje się, iż nasze trzy muzy Rubensa nie mają zwyczaju jedzenia śniadań, ponadto posiłkiem z prawdziwego zdarzenia jest dopiero obiad, a później w zasadzie nie spożywają jako takich posiłków (bo przecież po 18-ej się nie je), tylko „skubną” małe (względne określenie wprost proporcjonalne do rozmiarów petentki) co nieco.

Ale! Obiad jest duży – jedną z drugą, a także i z trzecią dopada przecież tak gargantuiczny głód (jak śmie!), że biedactwa tracą wszelaką werwę do pracy, a tak w ogóle to nawet do życia! Zastaje ich godzina 15-ta, a one jeszcze nic nie konsumowały! Małe, nieśmiałe wtrącenie: pić, piły, ale hektolitry kawy LaTTe Grande (tu też łakomstwo, gdyż 50:50 – ssak mleko chętnie pija, chyba, że ma konwulsje z powodu nietolerancji laktozy, czego z całego serca należy współczuć) z trzema łyżkami cukru NIE liczą – nie wolno.)

Tak czy inaczej bohaterki tej urzekającej i można nawet rzec mrożącej (!) krew w żyłach historii zapewne wydajniej pracują pod wpływem kofeiny (której działanie jest w większości osłabiane przez te 50:50, ale tę kwestię też przemilczeć im trzeba) i w dodatku adrenaliny, której to więcej na „głodzie-niegłodzie”. To jednak nie wszystko – w zasadzie skąd tak słodki tytuł, a gorzka opowiastka…

Cóż bywa i tak, że nawet dobrze odżywiający się autor ma od czasu do czasu zaniki pamięci i zwyczajnie go ponosi – a może jednak brak którejś z witamin B. Nieistotne. Sorbet miał być bohaterem tej opowiastki, gdyż urocze panie chcące rzecz jasne być fit, ale spędzając dłuższą chwilę w kawiarni, nie możne poprzestać na rozgrzewającym napoju. Człowiek ma z góry założone, by popadał ze skrajności w skrajność, zatem dziewczyny jak maliny, ku lekkiemu się prowadzeniu (w sensie diety!) będą zajadały lody. Ale odchudzone! Bo właśnie sorbety.I tu ich mamy, nie szkodzi przecież, że to kopa cukru, niekoniecznie z musem owocowym, ale z sokiem czy innymi dziwadłami, zmieszana z wodą. Wyglądają „lżej”, więc i takiej pułapce można się doskonale poddać.

Z całym szacunkiem dla firm z tradycją – nie sprzedają ludziom ulepków z niedaleką może cukrzycą gratis. Więc albo drodzy lodozżeracze tam, gdzie znacie albo na rzymskie Campo di Fiori. Gdzie bliżej. Miłego dnia! 🙂